Musiała powiedzieć synowi i córce, że tata już nigdy nie wróci…

Kokosów z tego nie ma. Szacunek społeczeństwa? O ten coraz trudniej. Bo policja dla wielu stała się narzędziem w rękach polityków. Władza? Też nie. Bo szeregowy funkcjonariusz ma niewiele do powiedzenia – musi karnie wykonywać nawet zupełnie niezrozumiałe rozkazy. Nie jest łatwo być policjantem. Mimo to nie brakuje tych, którzy chcą być jej częścią. I oddać dla sprawy wiele – nawet życie.

Właśnie obchodzą swoje święto.

Iwona Koziarska o śmierci rozmawiała z mężem często. Starał się ją przygotować. – Jako komandos był wysyłany na najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne akcje – tłumaczy wdowa. Jej mąż został zastrzelony w grudniu ubiegłego roku przez uzbrojonego w kałasznikowa bandytę. O podkomisarzu Mariuszu Koziarskim w policji mówi się, że „był szczególnie zaangażowany”. Chwali się jego „dyspozycyjność i dyscyplinę”. Policyjna nowomowa. Dla Iwony był po prostu najfajniejszym facetem na świecie. – Cudowny mąż i ojciec. Człowiek, który w pełni się realizował. Był szczęśliwy – mówi. Ona też była. Tamtej soboty w ogóle się nie bała. Mariusz miał przecież wolne. – Wróciłam z pracy. Uściskał i przeprosił, że w domu nieposprzątane – mówi Iwona. Żeby się nie wściekała, mąż upiekł sernik. – Nie był zapalonym kucharzem, ale miał duszę perfekcjonisty. Jak już się za coś brał, to musiało to być zrobione idealnie – wspomina. Był już wieczór, kiedy otworzyli wino. Zanim go skosztowali, zadzwonił telefon. – Komandos nie ma czasu wolnego. Po prostu czasami nie przebywa w komendzie. Ale pod telefonem jest zawsze – tłumaczy Iwona. Wybiegł niemal od razu. Tak szybko, że nie zdążyła się nawet pożegnać. Była do tego przyzwyczajona. Pracował tak od 2010 roku. Aby jego marzenie mogło się spełnić, musiał się przenieść z Legnicy pod Wrocław – miał być w ciągłej gotowości do akcji. Tego wymagała praca antyterrorysty. – Zostawiliśmy rodzinę i przyjaciół. To nie była łatwa decyzja – mówi.
Mariusz pojechał do Wiszni Małej, pół godziny drogi od Wrocławia. Razem z innymi antyterrorystami mieli zatrzymać Łukasza W.

Policjanci wiedzieli, że to niebezpieczny przestępca. – Porywczy psychopata, który nie liczył się z niczym – mówi jeden z policjantów, który rozpracowywał Łukasza W. W. był znany policji od lat 90. Zaczynał od kradzieży samochodów, potem przerzucił się na okradanie bankomatów. Nie używał materiałów wybuchowych. Na upatrzoną maszynę naklejał informację o tym, że urządzenie jest nieczynne. Potem przez kilka godzin dobijał się do kasetki. Tak samo było tej nocy. W. robił swoje w pomieszczeniu z bankomatem. Mariusz dowodził grupą, która miała go zatrzymać. Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Szybko zatrzymany został mężczyzna stojący na czujce, który przez krótkofalówkę miał ostrzec W. o przypale. Grupa Mariusza podjechała blisko pomieszczenia, w którym był bandyta. Nie udało się go zaskoczyć. – Kiedy nasi byli kilka kroków od celu, przez ulicę przejechała karetka. Tamten pomyślał, że jedzie po niego policja i wybiegł z karabinem – tłumaczy antyterrorysta z Wrocławia.

Przed Mariuszem szedł policjant z tarczą balistyczną. W policyjnym raporcie znalazła się informacja, że siła strzałów była tak duża, że go odrzuciło. Jedenastu kolegów zostało odsłoniętych. Policjanci odpowiedzieli ogniem. Wszystko trwało kilka sekund. Łukasz W. się nie ruszał, był martwy. Szybko się okazało, że postrzelonych zostało też czterech policjantów – w tym Mariusz. Zostawił żonę i osierocił dwoje dzieci – 12-letniego syna i 9-letnią córkę.
To, że Mariusz nie wrócił na noc, niespecjalnie zdziwiło Iwonę. Wiedziała, że czasami akcja się przeciąga. Nie mogła liczyć, że mąż się odezwie i uprzedzi, że nie będzie go na śniadaniu. Przyzwyczaiła się. Dzieci jeszcze spały, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. –

Mariusz mi tłumaczył, jak wygląda procedura, kiedy zginie policjant. Przychodzi wtedy delegacja. Jest ktoś z szefostwa i psycholog – opowiada. Przez wizjer zobaczyła trzy osoby: byłego dowódcę Mariusza, jego przyjaciela z antyterrorki i psychologa. – Pierwsza myśl? Że nie chcę otwierać tych drzwi. Żeby odłożyć moment, kiedy ten scenariusz zacznie stawać się rzeczywistością. Człowiek paznokciami łapie się dawnego życia – mówi Iwona. Przemogła się, otworzyła. „Ja nie chcę, żebyście wchodzili” – powiedziała tylko. Miała cień nadziei, że Mariusz jest w szpitalu, że jeszcze żyje. – Przykro mi – usłyszała. To był jeden z dwóch najgorszych momentów jej życia.
Musiała powiedzieć synowi i córce, że tata już nigdy nie wróci.
– Drugim najtrudniejszym momentem było to, jak zobaczyłam go w trumnie. Wiedziałam, że to się stało naprawdę. Że nie ma już odwrotu – mówi.

***

Mariusz był jednym z pięciu funkcjonariuszy, którego tablica pamiątkowa została odsłonięta w czwartek w Komendzie Głównej Policji.

– Wie pan, po co się idzie do policji? Bo niektórzy tak mają i już – opowiada Henryk. Do Warszawy z Krasnegostawu jechał ponad cztery godziny. Nie mogło go tu nie być. W ręku trzyma pamiątkową kartę, na której widać ładną, młodą kobietę w policyjnym mundurze. To starsza sierżant Magdalena Dolebska, jego córka. – Niesamowicie zdolna dziewczyna, wie pan? I do tego mądra życiowo. Wiedziała, czego chce. 32-letnią córkę do grobu odprowadził dziewięć miesięcy temu. Za mało czasu, żeby rozmawiać bez łez. Ale Henryk się stara. – Skończyła ekonomię. Po studiach dostała pracę w banku. I pięła się tam w górę. Zarabiała już niezłe pieniądze, a ciągle była bardzo młoda – mówi. Nie czuła się jednak spełniona. Miała 27 lat, kiedy obwieściła rodzicom, że chce zmienić swoje życie. – Wiedziała, że ja zawsze marzyłem o tym, żeby pracować w policji. Kiedy więc mi powiedziała, że ona to zrobi, to cóż… – urywa. Musi ochłonąć. Magdalena trafiła do ruchu drogowego. – Chodząca encyklopedia. Kodeks miała w małym palcu – opowiada jeden z jej kolegów ze służby. O wiedzy Magdy zresztą wspomniano podczas uroczystości odsłonięcia jej tabliczki na ścianie policjantów poległych na służbie. Pan Henryk jest kierowcą osobowego busa. Był 18 października, kiedy przez radio CB dostał informację o wypadku, do którego doszło na krajowej siedemnastce w Łopienniku Dolnym. „Jakiś gość uderzył w radiowóz, duże korki. Na miejscu karetki. Duże utrudnienia” – usłyszał w busie. Zadzwonił do córki. Nie odbierała. Drugi telefon był do żony. – O której Magda zaczęła dyżur? – zapytał. – O dziesiątej – odpowiedziała żona. Kilkanaście minut później żona zadzwoniła do niego.

– Chodzi o Magdę. To był jej pierwszy wyjazd. Kolega z policji mówi, że jest źle. Że trzeba było ją przewieźć do szpitala – mówiła. Henryk jechał dalej. Jak w transie. Modlił się, żeby wszystko skończyło się dobrze. Kiedy miał 23 kilometry do końca trasy, telefon zadzwonił znowu. Usłyszał, że ukochana córka nie żyje. – Nie wiem, jakim cudem dowiozłem pasażerów. Wyszedłem z busa i ledwo trzymałem się na nogach – opowiada. Dopiero potem dowiedział się więcej. Było tak: Magda została wezwana do niegroźnej kolizji. Razem z partnerem siedziała w oznakowanym radiowozie. Wtedy na drodze pojawił się 31-letni Sylwester A. Wyprzedzał kolumnę ciężarówek, uderzył w tył policyjnego samochodu. Radiowóz został wypchnięty na przeciwległy pas, gdzie doszło do jeszcze jednego zderzenia. – Policjanci tak mają, że muszą stać w niezbyt bezpiecznych miejscach na drodze. Trudno z tym wszystkim jednak się pogodzić – Henryk spuszcza głowę.

Pieniądze

Magda wiedziała, że przenosząc się do policji, będzie zarabiała mniej niż w banku. Początkujący funkcjonariusz po służbie dostaje na rękę około 2,8 tys. złotych. Po kilku awansach i latach w policji wynagrodzenie rośnie do nieco ponad 3 tysięcy. Tyle zarabia co piąty policjant. Najlepiej opłacani specjaliści mogą liczyć na nieco ponad 4,2 tys. złotych. – Najbardziej narażeni na śmierć są młodzi, niedoświadczeni policjanci – mówi Irena Zając, szefowa Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Opowiada, że renta przysługująca rodzinie zmarłego uzależniona jest od jego wynagrodzenia. – Żona może liczyć na pieniądze po mężu, kiedy wychowuje jego dziecko. Nigdy nie jest to więcej, niż 70 procent ostatniego wynagrodzenia. Środki wypłacane są do momentu zakończenia szkoły przez dzieci – dodaje Irena Zając. Prowadzona przez nią fundacja powstała w 1997 roku, bo dotychczasowe wsparcie finansowe dla rodzin okazywało się niewystarczające.

***

Prezes Zając opowiada, że najbardziej w pamięci utkwiła jej historia Henryka Stolarka spod Sieradza. Był 1994 rok. Wtedy policjanci mieli patrole jednoosobowe i na taki wyjechał 38-letni policjant. Kiedy nie wrócił na komisariat, wszczęto alarm. Poszukiwania zakończyły się przy leśnym stawie, na dnie którego był policyjny polonez. W środku był skatowany funkcjonariusz, któremu ktoś wcześniej zabrał broń.

Sprawców do dziś nie złapano. Rodzina została tylko z niewielką rentą. Fundacja ma status organizacji pożytku publicznego, co pozwala przyjmować darowizny z odpisu podatkowego w wysokości 1 procenta. Na fundusz co miesiąc dobrowolnie wpłaca też kilka tysięcy policjantów. – Przekazujemy zapomogi finansowe i materialne. Opłacamy stypendia i pomoce naukowe dla dzieci policjantów – wylicza Irena Zając.

W zarządzie Fundacji zasiadają osoby, które straciły swoich bliskich. Wiceprezesem jest Joanna Molak, wdowa po Piotrze Molaku, policyjnym pirotechniku. W kwietniu 1996 roku zgłosił się na ochotnika, żeby prześwietlić podejrzany pakunek znaleziony na stacji benzynowej. Wziął ze sobą urządzenie rentgenowskie. Zrobił pierwsze zdjęcie. Kiedy chciał zrobić drugie, bomba eksplodowała. Policjant osierocił dwoje dzieci.

Tabliczki

Mariusz Ciarka jest rzecznikiem komendanta głównego policji. Jego praca polega na wyważonym i chłodnym ocenianiu pracy funkcjonariuszy w całej Polsce. Stara się nie okazywać zbyt wielu emocji. Jadnak na drugim piętrze Komendy Głównej Policji, w miejscu pamięci o poległych funkcjonariuszach, zmienia ton. – Sporo tu kumpli. Łatwo wpaść w zadumę – mówi. Pokazuje ścianę, na której widnieje 118 nazwisk.To policjanci, którzy zginęli na służbie po 1990 roku. – Dojdzie jeszcze jedno. Niedawno zginął policjant z województwa kujawsko-pomorskiego – dodaje.

Odsłonięcie każdej tabliczki to uroczystość.

Zapraszani są członkowie rodzin, duchowni, przedstawiciele ministerstwa. – Zapisujemy historię każdego z naszych kolegów w księdze pamięci – opowiada Ciarka. Spośród wszystkich tabliczek 22 upamiętniają policjantów zabitych przez przestępców. To druga najliczniejsza grupa. Najwięcej policjantów ginie w wypadkach drogowych – od 1991 roku było ich 58. Dziesięciu funkcjonariuszy zginęło podczas pościgu. Szesnastu z powodu nieszczęśliwych wypadków – takich jak przypadkowe wystrzelenie broni czy katastrofa śmigłowca, w którym lecieli. Trzech zginęło podczas udzielania pomocy. Wśród nich jest aspirant sztabowy Marek Dziakowicz. W 2015 roku był na urlopie z żoną i córką nad morzem. Na plaży zauważył tonącego 16-latka. Ruszył z pomocą. Nastolatka udało się uratować, ale policjant utonął.

Iwona, wdowa po komandosie Mariuszu Koziarskim, zbiera materiały o mężu. Robi to dla dzieci. – Chcę dbać o legendę ojca bohatera. Zasłużył na to – mówi. Od syna już usłyszała, że chce być taki sam, jak tata. Że też pójdzie do policji. – Nie zamierzam mu w tym przeszkadzać – zapowiada.

Więcej…